„Wkułam encyklopedię wędkarstwa, by złowić sobie kochanka. Prawie złapał haczyk, gdy na horyzoncie pojawiła się ta flądra” – Z życia wzięte

Powiązane artykuły


Oszukana kobieta fot. Adobe Stock, Andrii Iemelianenko


Przyjaciółka ze zdumieniem spogląda na stertę gazet wędkarskich zalegających stolik przy mojej kanapie. patrzy, patrzy, przegląda…

– Do krzyżówek ci to wszystko potrzebne? – pyta w końcu.

Migam się, że zostawił to mój brat podczas ostatniej wizyty:

– Ryby to jego pasja – bąkam.

– Takie do jedzenia? – pyta Joanna.

– Skąd! On by nie tknął niczego, co spod wody. Łowi, całuje i wypuszcza. Taki bzik, rozumiesz.

– Nie rozumiem. Twój brat wydaje się zupełnie normalny.

Co tu kryć, podoba mi się ten facet

Ja też nie rozumiem takiego zachowania, tyle że tu wcale nie chodzi o mojego brata. Maciej ma kolegę: to samotny, mrukliwy, nieprzystępny typ. Po rozwodzie podobno skreślił kobiety jako wredne, mizdrzące się i głupie. Postanowiłam go nawrócić, choć Maciek twierdzi, że to niemożliwe. No, zobaczymy!

Jeśli się już do czegoś zabieram, to z głową. Kolega Maćka ma na imię Wiktor, prawie pięćdziesiątkę, odchowanego syna na saksach, mieszkanie, samochód i łódkę, na której spędza każdą wolną chwilę, ledwie tylko zacznie się sezon na wędkowanie. Wiktor ma nienormowany czas pracy – tak sobie ustawia zajęcia, żeby zaraz po robocie siadać za kółko i gnać nad jezioro. Podobno cały majdan tam wozi: garnki, patelnie, czajnik, przybory toaletowe, bieliznę na zmianę.

A wszystko po to, żeby nie marnować czasu na wstępowanie do domu. Ma nad wodą swoje ulubione miejsca, gdzie zakotwicza łódkę i wpatruje się w spławik. Całe długie godziny… Żadna kobieta by tego nie zniosła.

– Ja rozumiem, że można się nawet nauczyć robić siku do butelki – mówi moja przyjaciółka. – Rozumiem, że żel na komary załatwia sprawę ukąszeń… Ale nie pojmę, jak można wytrzymać cały dzień bez gadania! Ani słowa, żeby ryb nie płoszyć? To kosmos!

Jednak ja mam inną wizję. Przymykam oczy i wyobrażam sobie przystojnego Wiktora w koszulce bez rękawów albo w ogóle z gołym torsem. Jest bardzo męski – ma szerokie, muskularne ramiona, mocne dłonie i opaloną skórę. Wokół cisza, nad wodą fruwają srebrne ważki, pachnie tatarakiem i dziką miętą, w sitowiu pluskają się dzikie kaczki, słońce sieje złotą kaszę przez liście olszyn porastających brzeg. Jestem w raju!

Moja fantazja podsuwa teraz inny obraz…

Wiktor pochyla się nade mną, jego szare oczy są przyjazne i uśmiechnięte, usta za chwilę dotkną moich ust. Mam czterdzieści pięć lat, a te marzenia sprawiają, że serce zaczyna mi walić mocniej. Zrobię wszystko, żeby TO się stało naprawdę!

Ale Wiktor to cwana sztuka. Taki karp albo inny szczupak, który nieraz się zerwał z haczyka i pamięta, jak to boli. Jest płochliwy, ostrożny, nie rzuca się na byle jaką przynętę. Pływa wolno, jedynie w znajomych zatoczkach albo przyczajony pod krzakami czatuje na pewną zdobycz. Nigdy nie ryzykuje. Dobrze wie, czym to się może skończyć!

Dwa razy próbowałam go oswoić. Nie dało się. Był uprzejmy, ale zimny; jak prawdziwa ryba. Przypominał śliskiego piskorza, tak się zręcznie wymykał, gdy go zagadywałam podczas niby przypadkowych spotkań, które aranżowałam u brata. Nasze rozmowy wyglądały następująco:

– Od dawna pan wędkuje?

– Tak.

– Musi pan to bardzo lubić?

– Tak.

– Zamieniłby pan wędkowanie na coś innego?

– Nie

– A dla miłej i ładnej kobiety?

– Nie.

Kazał mi nadziać robala na haczyk!

Zrozumiałam, że z nim trzeba inaczej. Kupiłam gazety i książki o rybach, spinningach, błystkach. Wkuwałam dzielnie tajemnice wędkarskie jak przed klasówką… Wreszcie musiałam wciągnąć do spisku swojego brata:

– Wybierz się z nim na łowisko – zaproponowałam kiedyś Maćkowi. – I tak na niby zapomnij na przykład ważnych dokumentów, może karty wędkarskiej, prawa jazdy, nie wiem czego jeszcze… – kombinowałam.

– Co ty wymyślasz, siostra? – spytał.

– Ojej, no nic. Zadzwonisz do mnie, żebym ci przywiozła to coś, rozumiesz? Potem mnie zatrzymasz na trochę. O resztę się nie martw!

Marudził, ale mu zagroziłam, że wobec tego już nigdy nie pożyczę mu kasy przed pierwszym. Zbliżał się długi majowy weekend, a wraz z nim sezon na szczupaka. Maciek i Wiktor wyjechali zaraz po pracy. Czekałam na telefon z biciem serca. Zadzwonił już po zmierzchu.

– Wsiadaj skoro świt do samochodu i przywieź mi portfel – zaordynował brat, a ja domyśliłam się, że Wiktor stoi obok i to dla niego ta szopka. – Weź coś do pisania, powiem ci, jak jechać.

Nie musiał nic mówić, bo trasę dawno obcykałam, ale dobrze. Cóż, tamtego pierwszego wspólnego wędkowania nie wspominam najlepiej. Żarły mnie komary, siedziałam godzinami na zwalonym pniu, odgniatając sobie pupę. Na domiar złego utopiłam w rzece swoje najlepsze okulary przeciwsłoneczne, drogie jak diabli! A Wiktor ledwo mnie zauważał.

Do łódki zabrał mnie dopiero za trzecim razem… Średnio pływam, więc włożyłam kapok. Wyglądałam okropnie, no ale trudno. Jednak najgorsze zaczęło się później. Wiktor dał mi lekką wędkę i otworzył plastikowe pudełeczko. W środku wiły się obrzydliwe różowe robale. Wiktor podał mi jednego i zaordynował:

– Zakładaj. To na okonia. Tu można złapać duuużą sztukę!

I po co udawałam, że wędkarstwo to moja ukryta pasja?! Zrobiło mi się mdło, ciemno w oczach…
A on patrzył na mnie i czekał.

Byłam pewna, że wie, co czuję!

Powinnam była go obsobaczyć, palnąć wiosłem, wrzucić do wody za to, że się bawił moim kosztem. Ale ja, zakochana kretynka, wzięłam glistę do ręki i nadziałam ją na haczyk! Do końca życia tego nie zapomnę, ohyda! Dzień był gorący, już prawie letni; woda jak szkło, ryby nie brały za cholerę. Na szczęście, bo powtórnej egzekucji na rosówce na pewno bym nie przeżyła! Rozbolała mnie głowa. Ręce mi cuchnęły jakimś mułem, torfem i jeszcze czymś nieokreślonym, lecz obrzydliwym. Co sobie przypomniałam operację robak – haczyk, robiło mi się niedobrze.

– Chyba będziesz musiał mnie doholować do pomostu – powiedziałam w końcu. – Nadchodzi moja migrena, muszę połknąć proszek.

Skrzywił się, ale zawrócił.

– I tak to wanna, nie jezioro. Woda stoi, ryba śpi – stwierdził. – Może pod wieczór coś się ruszy.

Dopływaliśmy do szerokiej drewnianej kładki, przy której Wiktor zazwyczaj cumował swoją łódkę.
Już z daleka zobaczyłam, że w pobliżu kładki rozbiło się jakieś wesołe towarzystwo. Ustawiali namioty i grilla, chłodzili piwo w wodzie… Na pomoście, niedbale oparta o poręcz, stała prawie goła blondyna i bezwstydnie wpatrywała się w Wiktora.

– Rybki biorą? – zaświergotała, kiedy podpłynęliśmy bliżej.

Normalnie Wiktor nie odpowiadał na takie pytania. Wkurzał się, coś mamrotał pod nosem. A teraz odkrzyknął:

– Nie biorą. Chyba śpią!

Ta blond lala była niezłą aktorką

Odczekała, aż znajdziemy się na brzegu, i przydreptała do nas na tych swoich złotych klapkach na niebotycznej szpilce. Gdybym ja tak się ubrała w plener, Wiktor turlałby się ze śmiechu, a w nią  patrzył jak kruk w ser! Biust jej falował, okrągłe biodra kusiły, była w pełnym makijażu… Wyglądała jak zjawisko, szczególnie przy mnie, przyodzianej w kapok i bure drelichy. Nagle zachwiała się, przykucnęła gwałtownie i zawołała:

– Ojej, jak boli, chyba skręciłam nogę! Pomoże mi pan?

Ja natychmiast wiedziałam, że to ściema, ale Wiktor rzucił na ziemię wiaderka, wędki, siatki, pudełka z przynętą – i pognał do tej udawaczki. Zobaczyłam, że ją bierze na ręce i taką prawie gołą niesie do tamtego towarzystwa. O mnie po prostu zapomniał!

Słyszałam śmiech; widziałam, jak Wiktor się rozsiada na leżaczku obok tej dziuni. Co mogłam zrobić? Zebrałam wszystkie pudełeczka z rosówkami i białymi robalami, poodkręcałam wieczka. A potem podeszłam do wody i wysypałam całą zawartość między trzciny i sitowie.

– Amnestia! – mruknęłam pod nosem. – To za to, że jednego z was poświęciłam w imię durnej miłości!

A dalej – zostawiłam cały majdan Wiktora i poszłam do naszego namiotu. Pożegnałam Maćka, wsiadłam do samochodu i w pół godziny wróciłam do cywilizacji. Wiktor nawet chyba tego nie zauważył. 

Udawałam kogoś, kim nie jestem



– Bo złapać singla w pewnym wieku, to nie jest łatwa sprawa – wzdycha moja przyjaciółka, której opowiadam całą tę nieszczęsną historię. – Możesz wyjść z siebie, a on będzie miał w nosie wszystko, co dla niego zrobiłaś!

– Wniosek? – podsumowuję z gorzkim uśmiechem. – Nie udawaj innej, niż jesteś! Im bardziej się starasz, tym mniej jemu na tobie zależy! Myśli pewnie, że takie z niego cudo, że nawet robaka nadziejesz na haczyk, żeby się mu przypodobać!


– Brrr, przestań, ohyda – Aleksandra aż blednie z obrzydzenia. – Zapomnij o tym jak najszybciej!

– Przeciwnie. Będę pamiętała, żeby drugi raz nie wpaść jak, nie przymierzając, śliwka w kanalizację! A gdybym jednak zapomniała, to ty mnie walnij w głowę. Najlepiej jakimś wiosłem!

Czytaj także:
„Zakochałem się w Kindze bez pamięci i chciałem poznać jej córkę. Od jej matki dowiedziałem się, że żadna 5-latka nie istnieje”
„Moja 20-letnia pasierbica zakochała się w moim dawnym znajomym. Facet 2 razy starszy od niej, w dodatku – pijak i damski bokser”
„Zakochałam się w mężu mojej umierającej pacjentki, choć nie życzyłam jej śmierci. Nie mogłam patrzeć na ich miłość”



Żródło:
Link do artykułu

Więcej artykułów

REKLAMAspot_img

Popularne