4.4 C
Bielsko-Biała
poniedziałek, 25 października, 2021

Słodkie latem, śmierdzące wiosną?

Obecnie wchodząc do sklepu wędkarskiego możemy zauważyć półki pełne tzw. spożywki. Zaczynając od wszelkiego rodzaju zanęt, pelletów, kulek, po boostery czy dipy. Dzięki temu mamy tę wspaniałą możliwość przebierania wśród produktów firm, które oferują nam, chyba wszystkie znane ludzkiemu nosowi, gamy zapachowe.

Niejednokrotnie wielu z nas zastanawia się, przed wyruszeniem na zasiadkę, jakie nuty zapachowe w danym dniu przyniosą nam sukces nad wodą. Ja, łowiąc już ponad trzydzieści lat, dopiero kilka lat temu zacząłem zauważać pewne schematy nad wodą, które wielokrotnie przeradzały się w sukces. Dlaczego dopiero od kilku lat? Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Mianowicie, jeszcze dziesięć-dwanaście lat temu wędkarz, wybierający się nad wodę, szedł z robakami, kukurydzą i zanętą zrobioną przez siebie lub był „skazany” na to, co zastanie w sklepie. A, jak większość z nas pamięta, wybór wtedy nie był zbyt duży. Pojawiające się w sklepach coraz to nowe produkty, a co za tym idzie nowe zapachy, spowodowały, że wędkarze zaczęli testować te nowości na swoich wodach. Tym samym wyrabiali sobie własne zdanie, co do skuteczności tych produktów, a także zaczęli mieć swoje tzw. „killery”. Z biegiem czasu każdy wędkarz wyruszający nad wodę miał ze sobą cały „arsenał” zanęt, kulek, pelletów i wszelkiego rodzaju przynęt oraz dodatków płynnych bądź sypkich.

Z czasem wśród karpiarzy czy też feederowców zaczęła panować opinia, iż wczesna wiosna jak i późniejsza jesień to najlepsze okresy, by na naszych zestawach pojawiały się zapachy o nucie rybnej – halibut, makrela, łosoś itd. Wyniki, które niejednokrotnie pokazywali koledzy po kiju, mogą świadczyć o tym, że ta teoria jest wielce prawdopodobna i przyniesie nam nad wodą wymarzone „piiiiii” lub mocne ugięcie szczytówki.

Niemniej jednak mój czas, który spędzam nad wodą, a jest to ponad sto dni w roku, pokazały mi, że nie jest tak do końca. Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Będąc pierwszy raz, po zimie, na kilkugodzinnym wypadzie, miałem oba zestawy postawione na „wczesnowiosenne zapachy”, czyli rybne. Przez kilka godzin nie miałem kontaktu z rybą. Szybka decyzja o zmianie na zupełnie inny zapach. Ku mojemu zdziwieniu, stawiając na słodycz oraz na inne miejsce niż wcześniej, brania zaczęły się już po kilku chwilach. Odtąd zacząłem trochę eksperymentować, poświęcając niejeden sezon na poszukiwanie własnych odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie: „Czy aby na pewno jest tak, że ryby zaraz po zimie szukają pożywienia wysokobiałkowego, bogatego w tłuszcze, aminokwasy, mikroelementy i inne odżywcze składniki zawarte w zanętach i przynętach rybnych, gdzie w większości z nich można znaleźć dużą zawartość mączki rybnej bogatej właśnie w wymienione wcześniej składniki?”.

Jeżdżąc nad stawy, czy to PZW czy też komercyjne, wczesną wiosną, w mojej torbie zawsze miałem minimum cztery aromaty – dwa słodkie oraz dwa typowo rybne. Wybierałem sobie miejsca, gdzie na wiosnę mogłem spodziewać się przyzwoitych wyników, czyli głównie obszary z płytszą, szybciej nagrzewającą się wodą. Sięgając pamięcią kilka sezonów wstecz, kiedy to właśnie zmiana aromatów przyniosła wyczekiwane rezultaty, postanowiłem, że wiosnę zacznę „na słodko”. Pierwsze wnioski, a co za tym idzie przełamanie powszechnie panujących opinii, przyszło dosyć szybko. Siedząc nad wodą PZW, w pierwszych dniach marca, kilka dni po zejściu lodu, piękny wynik zrobił mi zapach orzecha tygrysiego, dość obficie zalanego boosterem o tym samym zapachu. Pamiętam, że wtedy złowiłem około dwudziestu karpi. Jadąc tydzień później, zamieniłem orzech tygrysi na gumę balonową, a na drugim kiju pojawił się aromat, który teoretycznie powinien być zdecydowanie lepszy, tj. halibut. I tym razem zapach słodki okazał się strzałem w dziesiątkę, przynosząc bardzo dobre rezultaty, przy jednoczesnych bardzo słabych efektach drugiego zestawu.

Z racji tego, że uwielbiam łowić na method feeder, daje mi to szerokie pole manewru i mogę sobie pozwolić na szybką zmianę przynęt oraz miejsca łowienia, a co za tym idzie poeksperymentować. Z biegiem czasu i lat moje przekonanie, że wiosna to czas typowych rybnych zapachów odchodził w zapomnienie. Co ciekawe, z każdym miesiącem, kiedy robiło cieplej, ryby częściej sięgały po przynęty bardziej tłuste, z większą zawartością mączki rybnej. Pamiętam, że niejeden sezon pokazał mi, że wczesną wiosną, jak i późną jesienią, rybom bardziej do gustu przypadało to, co słodsze niż rybne. I analogicznie latem – rybne zapachy były łowniejsze. Oczywiście to nie jest tak, że te schematy były regułą, niemniej jednak coś w tym jest. Zaobserwowałem też, że kiedy temperatura wody jest powyżej osiemnastu stopni Celsjusza, aromaty rybne silniej działają na ryby i brania, w porównaniu z przynętami słodkimi. Są bardziej agresywne i zdecydowane. Później, kiedy zaczyna nam się już prawdziwa ciepła wiosna i lato, a u ryb metabolizm jest na „pełnych” obrotach, te szybciej trawią pokarm wysokobiałkowy. Chętniej też jedzą więcej i bardziej przypada im do gustu to, co jest bogatsze w białka i tłuszcze. Co za tym idzie szybciej przyrastają na masie, o czym niemal wszyscy wiemy. Szukając po wielu forach i czasopismach opinii wędkarzy na temat stosowanych zapachów w różnych porach roku, znalazłem podobne do moich spostrzeżenia, głównie wśród Węgrów.

Obecnie, w okresie cieplejszym, oczywiście nadal mam na jednym z kijów zapach słodki i też pięknie ryby go pobierają, aczkolwiek ciekawsze efekty mam na te rybne i śmierdzące przynęty.
Chciałem podzielić się z wami moimi spostrzeżeniami. Może ktoś po przeczytaniu tego artykułu sam postara się sprawdzić powszechnie panującą opinie i przełamać stereotypy. Czytając w prasie czy forach i grupach wędkarskich posty, coraz więcej wpisów opisujących wypad nad wodę ma właśnie przełożenie na moją teorię związaną z zapachami w rożnych porach roku.

Wnioski, które mi się nasunęły po tych wszystkich latach są takie, że ryby nie zawsze chcą mieć podane do „swojej jadłodajni” to, co wielu z nas uważa za słuszne. Wiadomym jest, że każda woda jest inna i ryby w każdym akwenie inaczej się zachowują. Jednak patrząc z perspektywy czasu, na moich wodach, krakowskich, taka taktyka sprawdza się do dziś. Oczywiście jadąc na ryby mam ze sobą całą gamę zapachów, czy to rybnych, czy słodkich czy też tzw. śmierdziuchów, lecz patrzę teraz trochę inaczej na teorię, która panuje do tej pory i staram się nadal uczyć zachowania i nawyków tych pięknych stworzeń. Niejednokrotnie jeszcze nasza pasja nas zaskoczy, ale ważne jest, by robić sobie swoje własne porównania, testy, które z biegiem czasu pokażą nam efekty, a może trochę zmienią nasz tok myślenia i podejścia do panujących stereotypów. W naszym hobby ważne jest, by poznawać zachowania ryb, ich pewnego rodzaju mentalność i zwyczaje, zwłaszcza na rodzimych wodach. Każda z tych rzeczy przyczyni się do naszego wędkarskiego sukcesu, a ten będzie zupełnie inaczej smakował. Zatem eksperymentujmy i nie bójmy się tego, poświęćmy trochę czasu, by nauczyć się zachowań i zwyczajów ryb na swoich akwenach.

Tekst: Piotr Wrana – Feeder Team Południe

Podobne artykuły

Reklama

Instagram

Popularne

Łowisko Atum

W niedziele odwiedziłem nowe łowisko w Kaniowie. Jest to zbiornik typu „żwirownia”, zalane 35 lat temu. Zarybione wstępnie 5-6 lat temu oraz w tamtym...

Ogromne leszcze z rzeki

Piękne łopaty z małej rzeki.

Słodkie latem, śmierdzące wiosną?

Obecnie wchodząc do sklepu wędkarskiego możemy zauważyć półki pełne tzw. spożywki. Zaczynając od wszelkiego rodzaju zanęt, pelletów, kulek, po boostery czy dipy. Dzięki temu...