Muchowe łowy na słonecznych płyciznach jeziora Michigan

Powiązane artykuły


Arek Kubale: ” Zabieram Was, drodzy Czytelnicy, za Wielką Wodę, do północnego Michigan. Krainy czystej, szmaragdowej wody, rozległych płycizn i silnego wiatru.
Tam, gdzie bassy małogębowe łowi się na wypatrzonego.

Powiedzieć, że bassa zna każdy wędkarz, to jak nic nie powiedzieć. Pamiętam doskonale siebie – nastoletniego chłopaka, który z wypiekami na twarzy oczekiwał kolejnych odcinków australijskiego programu „Wędkarskich przygód Rexa Hunta”. Zamiast więc poznawać arkana łowienia rodzimych szczupaków i okoni, słuchałem o ostrobokach, lucjanach i bassach właśnie.

Bass małogębowy (Micropterus dolomieu, ang. smallmouth bass) – bo o nim będzie ta historia – dla wielu wędkarzy pozostaje w cieniu swojego wielkogębowego kuzyna. Trudno się temu zresztą dziwić. Bass wielkogębowy (Micropterus salmoides, ang. largemouth bass) dorasta do większych rozmiarów, a przynęty zdarza mu się atakować w bardzo widowiskowy sposób. Niemniej, to właśnie bass małogębowy został rybą mojej pierwszej wizyty w Stanach.

Z Florydy do Michigan

Półtora tysiąca kilometrów. Taką drogę przyszło mi przebyć, by z wyjazdu służbowego i ubioru „smart casual” wskoczyć w wodery i czapkę truckerkę. Pokonanie tej odległości zajmuje około dwóch godzin podróży lokalnymi liniami lotniczymi Delta. Po wylądowaniu czeka nas szok wywołany dużą różnica temperatur między oboma stanami. Na Florydzie słupek rtęci rzadko spada poniżej 30°C, za to w Michigan temperatura ledwo zahacza o 20 stopni w szczycie dnia. Mój serdeczny przyjaciel, Dave, jednak zachowywał optymizm, wysyłając mi na kilka dni przed spotkaniem wiadomość: „nadchodzi ocieplenie, jedziemy na bassy!”. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zdać się na doświadczenie Dave’a, zwłaszcza że jest on autorem wydanej w 2017 roku książki „Smallmouth: Modern Fly-Fishing Methods, Tactics, and Techniques”. Wychodząc z terminalu lotniska myślałem o tym, jak niepotrzebnie ociągałem się z kupnem biletów z Tampa do Detroit. Rozmyślania te przerwał podjeżdżający czarny pickup z Dave’m za kierownicą. Ruszyliśmy. Na miejscu czekała na nas pizza. Amerykańska, na grubym cieście.

Przeminęło z wiatrem

Trzy dni. Tyle czasu miałem do lotu powrotnego do Polski. Jednak dwa dni przeminęły nam z wiatrem – trochę jak w tytule klasycznego amerykańskiego melodramatu. I to silnym na tyle, że skutecznie rozwiewającym nasze plany wypłynięcia nawet na mniejsze akweny. Zapadła więc decyzja o podróży na północ Michigan, nad rzekę Manistee słynącą z wielkich pstrągów potokowych i źródlanych. A wszystko w świetnej oprawie spływu pontonem, spania w wielkiej przyczepie kempingowej, grillowania steków i wsłuchiwania się przed zaśnięciem w poszczekiwanie kojotów. Niestety, swoją szansę na dużego źródlaka przespałem, nie zacinając w tempo – być może na skutek rozleniwienia się i zauroczenia nieznanymi mi dotąd widokami. Rzeka Manistee bowiem meandruje przez piękne okolice, bujnie porośnięte lasami cedrowymi i sosnowymi, z majestatycznymi, kilkudziesięciometrowymi wejmutkami (sosnami amerykańskimi), które – niczym sędziwi autochtoni – mogłyby opowiedzieć wiele o tym miejscu. Mój wędkarski apetyt musiał się obejść jedynie niewielkim pstrągiem potokowym – nagrodą pocieszenia. Zimne noce i brak owadów nad wodą przypominały niedawną zimę. Rzeka jeszcze spała, a ryby wraz z nią.

Drugiego wieczoru, snując rozmowy o wszystkim i niczym, wsłuchiwaliśmy się w trzask obozowego ogniska, gdy nagle rozległ się dźwięk telefonu. Wydarzenie dość niezwykłe, ponieważ zasięg sieci komórkowej w tych okolicach jest nienachalny, by nie rzec, zerowy. Dave każdego wieczoru na godzinę uruchamiał antenę satelitarną i router, aby nawiązać kontakt ze światem, od którego oddzielała mnie Wielka Woda i sześć stref czasowych. Treść wiadomości była zwięzła i konkretna, jak charakter człowieka, którego miałem poznać nazajutrz: „Wiatr słabnie, jutro 8:00 w Boyne na parkingu. Ruszamy na jezioro Michigan”.

Flatsy północy

Droga łodzią na łowisko wybrane przez naszego przewodnika, Ethana Winchestera, zajmuje nam solidne trzy kwadranse. I o ile zawsze wiedziałem, że jezioro Michigan to gigantyczny zbiornik, to dopiero na łodzi pojmuję jak faktycznie wielki to bezmiar wody. Ku mojemu zdziwieniu, wody czystej, przeźroczystej na kilka metrów, o szmaragdowym odcieniu. Taka barwa wody to zasługa wczesnej wiosny, a przeźroczystość nie utrzymuje się długo, gdy do głosu dochodzą glony. Szybko doceniam profesjonalizm Ethana, który, jako licencjonowany przewodnik wędkarski oraz kapitan Straży Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, prowadzi łódź spokojnie, unikając nadmiernych rozbryzgów uderzających o dziób fal.

Krajobraz jest tu surowy i prosty. Zatokę, w której rzucamy kotwicę, otacza pasek lądu z niskimi drzewami oraz mieszanką pożółkłego sitowia i kamieniami. Woda za to bez zmian – zielonkawoszmaragdowa, cudownie transparentna. To miejsce zwie się Waugoshance Point, co w języku plemienia Odżibwe, czyli rdzennych mieszkańców tych terenów, oznacza Lisi Przylądek.

Wszędzie wokół bassy!

Już dopływając na miejsce Ethan wskazuje nam grupki czmychających spod łodzi kształtów. Próbując przekrzyczeć szum wiatru i silnik łodzi, precyzuje: – Smallmouths! Pod nami i wszędzie wokół są bassy małogębowe. Woda głęboka na półtora metra, kamieniste dno, słońce niczym lampa w solarium. Trochę jak Floryda, ale nie, to nadal Michigan, i to jego północne rubieże.

Na koniec przyponu trafia …”

Arek Kubale na stronie 68 WW 8/22 zabiera Was na „BASSY Z LISIEGO PRZYLĄDKA”.

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów do artykułu:
Muchowe łowy na słonecznych płyciznach jeziora Michigan. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty, zgłoś go za pomocą linku “zgłoś”.


Żródło:
Link do artykułu

Więcej artykułów

REKLAMAspot_img

Popularne